Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficznie. Pokaż wszystkie posty

Hello 2017, my new friend

by 1/12/2017

Słusznie zauważyła ta moja siostra - nie mam prawa czegokolwiek podsumowywać w trzecim poście na blogu. Postanawiam na przekór/bezprawnie to uczynić i poruszyć miniony dwa tysiące szesnasty. Ma to sens o tyle, że nie będę Wam streszczać blogowej kariery, a życie, które toczyło się na długo przed pierwszym wpisem na Panu Ogarze.

Ubiegły rok obfitował w samo zło.
To pierwsze zdanie, jakie od początku XXI wieku ciśnie mi się na usta po Sylwestrze. Nie jestem człowiekiem, który potrafi długotrwale cieszyć się z małych rzeczy. Żeby tylko. Nawet jak świeci Słońce i nie widzę ani jednej chmurki, to de facto czekam na burzę, bo przecież musi za chwilę nadejść. Człowiek nie może przebywać w raju dłużej, niż 5 minut. Któż to widział?
Tym razem na poważnie moja dusza doznała uszczerbku. Ziściły się mroczne obawy.
Pożegnałam dwunastoletnią ogarzycę, ale mniej więcej dwa miesiące przed tym tragicznym epizodem, urodził się Żmiłki godny następca. Wtedy nie miałam zielonego pojęcia o jego istnieniu, dzieliły nas lata świetlne, jednak cały kosmos się zmówił, żeby nas ze sobą spiknąć. Skoro równowaga została zachowana - straciłam i zyskałam, to prawdę mówiąc wyszłam na zero. Niestety śmierć "waży" nieco więcej, niż radość z nowego szczeniaka. Kim była Żmiłka, możecie przeczytać w ZAKŁADCE SPECJALNEJ, która została sporządzona specjalnie dla niej. Jeśli najdzie mnie ochota, na pewno uzupełnię ją o więcej kontentu. W tym momencie ta rana jest zbyt świeża, a każdy obrazek przywołuje za dużo wspomnień, od których trochę boli głowa. Mimo wszystko, pisać mogę i chcę. Dopóki nie katuję swoich oczu, naprawdę długo jestem w stanie przynudzać. Skoro już wybudziłam tamten rok z letargu, wypada mu się odwdzięczyć i wykorzystać okazję na powtórne przeanalizowanie. Właściwie analizuję go po raz pierwszy. Nic nie lubię analizować i jest mi niespieszno do podobnych czynności, w imię zasady "niech ktoś inny zrobi to za mnie".

Ostatni raz przeżywałam coś podobnego mając lat osiem. W owym czasie Ruda (zerknijcie na prawo, jeśli imię jest dla Was zagadką) pożegnała się ze światem. Dowiedziałam się już po całym zdarzeniu i do dziś mi z tym źle. Na szczęście(?) w czerwcu było inaczej. Przez tydzień obserwowałam ekspresowo ubywającego psa. Gdy nadszedł sądny dzień, przyszło mi czekać do późnego wieczora na werdykt. A kiedy już wybrzmiał... Cóż za potworna była to noc. Jak zasnąć obok tak niezwykle bliskiej Ci istoty, skoro nie masz wątpliwości, że to Wasza ostatnia wspólna doba? Nie ma na to odpowiedzi. Nie da się zasnąć. Wstawałam co minutę, patrzyłam w lustro, chodziłam po pokojach jak nakręcona. Kładłam się, a potem znów to samo. W końcu moje tryby odmówiły posłuszeństwa i padłam na twarz. Spałam razem z nią na psim leżysku. Zastanawiałam się: jak teraz żyć? Zadawałabym sobie to pytanie po dziś dzień, gdyby z marazmu i tęsknoty nie wyciągnął mnie Goran.

Pierwszy raz śmierć była dla mnie namacalna, bo odczułam zwalniające bicie serca. Nie było w tym nic makabrycznego. Więcej z pięknego dramatu, niż z horroru. Znacznie łatwiejsze do zaakceptowania niż gwałtowna walka o podtrzymywanie życia, z którego już nic nie zostało. Trzymałam głowę Żmiłki na kolanach, a ona bardzo stopniowo i spokojnie odpływała do innego wymiaru. Wreszcie otrzymała zasłużony spokój. Niestety ja musiałam jeszcze trochę pocierpieć. Jak już zdążyłam napomknąć wcześniej, wciąż męczyłabym się niesamowicie, ale za sprawą Gorana moje troski gdzieś się ulokowały. Atakują mnie doraźnie, ale przynajmniej jest to rozłożone na raty. Z jednej strony zdawałoby się, że to w porządku. Z drugiej fatalnie. Nienawidzę, kiedy miliard przykrych rzeczy się za mną ciągnie w nieskończoność. Dlatego delikatnie przecieram swój umysł, żeby czegoś za mocno nie naruszyć, ale pozbyć się tej wierzchniej warstwy rozpaczy, która nie pozwala mi iść dalej.

Zostawmy wreszcie te smęty.


FANFARY | 26 VI 2016 | FANFARY

Wtedy malutki pan ogar trafił w moje objęcia. Teraz jest już ośmiomiesięcznym facetem i chociaż do pełni dojrzałości daleko jeszcze, to i tak może pochwalić się niezłym gabarytem oraz dwiema bliznami do kolekcji. Sporo stresu kosztowało mnie jego wychowanie dotychczas, ale... wszystkie torebki, buty, nogi od fotela, klatka kennelowa nie uległy rozszarpaniu/odgnieceniu za sprawą goranowych zębisk.  Uważam to za wielki sukces. Nie mój, po prostu takiego mam psa... Dzieło jego rodziców.

Bardzo zużyłam migawkę w przeciągu pół roku. Oto starannie wyselekcjonowane zdjęcia spośród miliona. Na żadnym nie powinien mieć więcej, niż 5 i ½ miesiąca.

Trochę jakby hygge. Kołderka i ognisko domowe.
Pies Baskerville'ów, proszę ja Ciebie.
Cała dostępna kolekcja. 

Ciężko jest mi teraz lecieć następnymi datami z kolejki, bo więcej nie pamiętam. Po co bałaganić sobie w mózgu? Przecież któraś szufladka mieści w sobie jeszcze bitwę pod Warną, założenie Złotoryi albo dokładny wizerunek graweru zdobiącego sztylet, którym ugodzono ojca Aleksandra W.

 SPRAWOWANIE: - 

Na cztery minus oceniam swoje sprawowanie za ten rok. Bardzo zmieniło się moje podejście do wielu psich spraw mniejszych bądź większych. Żywienie stało się małą obsesją. Do niedawna pojęcia nie miałam o szkodliwości, czy raczej bezużyteczności zbóż w suchych karmach. Z resztą czytając post wigilijny, łatwo z niego wywnioskować, że dieta Gorana jest dla mnie czołową sprawą, a odkąd jestem członkiem facebook'owej grupy Naturalne leczenie zwierząt, skłaniam się bardziej (you don't say, captain O.) ku ziołom, niż farmaceutykom. Nie wypleniłam chemii całkowicie, bo sama żywię się świństwem od lat i krew mam do pozazdroszczenia.
Niczego nie oczekuję od 2017. Nigdy w życiu nie miałam noworocznego postanowienia. Wypełnia mnie przeto duma. Żadnego bym nie zrealizowała. Co nie zmienia faktu, że w tym roku chętnie podejmę się trudu skompletowania w głowie barfnych informacji. Bardzo powoli, żeby niczego nie obejść. Za rok, za dwa pomyślę o wdrożeniu mięcha i krwi w życie... nie sądzę, bym wcześniej była gotowa na radykalną zmianę. W końcu BARF jest stanem umysłu. Żebyście se nie myśleli przypadkiem, parkiet umazany posoką mnie nie odstrasza! Tu tkwi moc raw food.

Z jakiego powodu ten minus? Mocno angażuję matczyny instynkt (wyłącznie psi, bo dzieci fuj), przez co zaniedbuję dyscyplinę. Chodzimy na treningi z posłuszeństwa cywilnego, ale póki żyję w ciągłym napięciu i stresie, czarno to widzę. Muszę pogodzić się z tym, że mam silnego psiura, a nie maminsynka. W socjalizacji bardzo pomogła nam BC Bonny. Zamiast dziabnąć go raz i porządnie (miewa ku temu sporo okazji), cierpliwie znosi niezgrabne zaczepki. Pierwsza goranowa miłość, towarzyszka szczenięcego życia. Chętnie spłodziłby bordera polskiego, tak coś czuję. Gdyby nieszczęśliwy splot okoliczności. Dlatego dobrze, że (jeszcze) nie dzielą tej samej chałupy.

Wymuszona radość Bonny., niczego nieświadom Goran.
Wraz z nowym szczylem w domu uświadomiłam sobie, że nie zagości pod moim dachem już żaden inny pies. Tylko ogar. Zawsze darzyłam tę rasę szczególnym sentymentem, ale oglądałam się za malinoisami, aussie, dogami, czy husky (notabene wciąż żyje ze mną 13letni Yeti). Cieszę się, że koniec końców stara miłość nie rdzewieje i pozostałam wierna miłkowej tradycji.

25 lat na jednej klatce. 
Na koniec pochwalę się, że bierzemy udział w Wyzwaniu Piesologii! Wreszcie mam motywację, by codzienne otwierać gmaila i nie dopuszczać już do sytuacji, kiedy muszę usuwać 1000+ nieprzeczytanych wiadomości.

G&G

Wyżeł? A może... BIGIELEK?

by 12/08/2016

Chciałoby się móc powiedzieć: ogar jaki jest, każdy widzi.

Niestety, nie każdy.

Chociaż mi bliski jest od niespełna dwudziestu lat, to przeciętny, a nawet ponadprzeciętny człowiek (Polak!) o ogarze polskim nie słyszał. W czasach nie tak odległych, kiedy Goran siusiał jeszcze na pieluchy i obijał się o własne uszy, w gabinecie weterynaryjnym zostało mi zadane pytanie, po którym w myślach zawołałam do wszystkich bogów - "Piękny! BIGIELEK?" Toż równie dobrze dobermana mogę przyrównać do pinczera miniaturowego. Z dumą w głosie odpowiedziałam, że ogar, dwa i pół raza większy i trzykrotnie cięższy. Tutaj czuję się w obowiązku przestrzec przyszłych nabywców psa tej rasy, aby nie dali się zwieść informacjom z szemranych stron internetowych. Naprawdę ciężko teraz o samca ogara, którego waga sięga 32 kilogramów. Odsetek tych osobników jest minimalny, bo nawet szczupły pies bez grama tłuszczu nie powinien zejść znacznie poniżej 40 kilo. 
To była taka mała dygresja. Po więcej faktów i ciekawostek najlepiej zaglądnąć do wzorca lub książki mojej mamy - Anny Miłek "Ogar Polski" (po prostu). Niezbyt możliwe jest, aby dało się ją teraz gdziekolwiek nabyć, dlatego chętnie podzielę się własnymi wnioskami na temat, o których nie przeczytasz w sieci, a które można jedynie wyciągnąć na podstawie obcowania z tą wspaniałą istotą.
Nie mogę sobie odmówić skopiowania moich ukochanych cytatów z literatury, które znalazły się we wspomnianej wyżej książce, bo przy większości zawsze się rozpływam, a nikomu nie zaszkodzi je poznać. Myślę, że to będzie dobry wstęp do ogarzego świata, którego stopniowo będziemy Wam razem z Goranem przybliżać.

"Pieśń myśliwska" Starzeńskiego jest tak piękna, że nie trzeba być zapalonym łowczym, żeby to piękno docenić. Ja nie mam z łowiectwem nic wspólnego.


Niech nade mną zagrają ogary… Na ten głos mojej duszy tak miły, żar zakipi w sercu wystudzonym… i ożyję, i wstanę z mogiły, chwycę broń i polecę za gonem 

 &

Te ogary rwą jak czarty. Już z barłogu go wygnały. Jakaż piękna to muzyka, czyżby Mozart taką stworzył?


Powyższe fragmenty nawiązują przede wszystkim do muzykalności ogarów. Naprawdę, ogary śpiewają. Żaden inny pies nie wydobywa z siebie tak miłego uszom dźwięku w czasie pogoni za zwierzyną. Od tego momentu rozpoczynam coś na wzór ogarowego dekalogu. Pierwszy element godny uwagi mamy za sobą.

Dwa - mimo ufności (zazwyczaj) wobec obcych, potrafi obnażyć szereg ząbków, jeśli człowiek mu się nie spodoba. Oczywiście najpierw pójdzie poszperać w trawie, czy jakiś pyszny kąsek (albo gówienko) tam nie leży i potem ewentualnie rzuci się w kierunku napastnika. Jedno trzeba przyznać - to są straszne łajzy. Łajzowatość ta wynika też po części z budowy. Ogar jest dość dużym, muskularnym z natury stworzeniem, co czyni go niezbyt szybkim i pozbawionym ogłady. Za to je kochamy.

Trzecim aspektem jest uwielbienie rozmaitych czułości. Kochają się przytulać i to potwierdzone info. Oczywiście nie mówimy o spaniu w nogach, ale na tej samej poduszce co Ty. Całą noc.

Co więcej, RACZEJ nie uciekają(!), nie mają takich skłonności, żeby przegryzać siatki, skakać przez płotki (hehe, bo za ciężkie) i przepadać na amen. Ja nigdy z takim psem nie miałam do czynienia, a trochę ogarów przewinęło się przez moje życie. Mam ponadto w domu husky, więc na tej płaszczyźnie mogę ich porównywać i stwierdzam, że złapanie husky'ego, który zbiegł, jest raczej szczęśliwym przypadkiem... Ogarek po pięciu minutach, o ile już mu się zachce zakosztować obcego świata, wraca sam.

Po czwarte: nieposkromione żarłoki. Nie znam ogara, który nie wessałby wszystkiego jak odkurzacz, nawet gdy elementy dziennego menu zostały już odhaczone. Jeśli ogar grymasi, wiedz, że coś się dzieje! Goran przez około 2 miesiące był niejadkiem, ale prawdopodobnie wynikało to z trudu zaaklimatyzowania się w nowej przestrzeni. Co do sposobu picia wody, bo nie wyobrażam sobie tej czynności tu nie uwzględnić, wszystko wkoło jest ochlapane, a ogar odchodzi od miski z glutami przewieszonymi przez czoło. 

Po piąte, włosy. Włosy wszędzie.
Bardzo poważna sprawa. Co z tego, że to pies krótkowłosy, skoro ma obfity podszerstek. To oczywiście ogromna zaleta zimą. Niestety te małe, wredne, elektryzujące włoski znajdujemy na czarnych ciuchach przez cały rok. Poza tym ogarza sierść ma też skłonności do matowienia z czasem, warto w takim razie zamiast chemicznych specyfików podawać siemię lniane parę razy w tygodniu. No i czesać, dużo czesać. Mi się zwyczajnie nigdy nie chce, ale zobaczcie jak ślicznie prezentuje się wyczesany włos w blasku reflektorów. 


Biorąc pod swoje skrzydła ogarka, który jest czarną kulką od stóp do głów, przygotuj się na to, że ostatecznie się przesieje. Goran miał smoliście czarny kark. Wyżej widać do czego doszło. I to wcale nie koniec płowienia. Na szczęście jest nadzieja, że troszkę ciemnych włosków mu później wróci. 

Sześć! Ogary to psy z pojemną klatką piersiową, więc są bardziej narażone na skręt żołądka, o czym ostatnio przestrzegał mnie weterynarz. Zalecano mi nawet chirurgiczne przyszycie żołądka do ściany jamy brzusznej, za parę lat oczywiście... Nie ma co też popadać w skrajność. Nigdy nie słyszałam o tym, żeby ogarowi przytrafił się podobny incydent. Co nie znaczy, że niedobrze jest robić wszystko, by jak najskuteczniej temu zapobiegać. Internet mieści w sobie wiele informacji na temat "piruetu śmierci", ale skoro już ktoś tutaj zawitał, niech od razu pozna złote zasady: Małe porcje, a często (w moim mniemaniu "często" oznacza najwyżej 3 porcje/dzień); jedzenie z ziemi (nie ze stojaczków) - chociaż nie mam pojęcia, dlaczego akurat to miałoby zaszkodzić, ale wielokrotnie się z tym zderzałam; optymalna masa ciała; brak wzmożonego ruchu po posiłku
Warto także zadbać o to, żeby pies nie jadł z prędkością warp 10. Służą temu chociażby miski zwalniające. Sama chętnie bym się zaopatrzyła.

Powoli zbliżam się do dyszki, a już nie wiem, do czego więcej się odnieść. W gruncie rzeczy ogar to wciąż pies. A pies to pies. U każdego może wykształcić się szereg nieodpowiednich zachowań, a mi bardzo daleko do psiego behawiorysty, żeby wypunktować co należy zrobić, aby mieć idealnie ułożonego pieseła. Poza tym zakładając, że jednak coś tam wiem, miałoby się to i tak nijak do posta. Ogar z uwagi na wspomnianą wcześniej masę, może stanowić zagrożenie, przede wszystkim dla swojego pana, ale niestety i sam sobie może zaszkodzić. Ach, pozwolę sobie wtrącić coś jeszcze a propos ich "masy". Ja popełniłam ten błąd, że odrobinę za bardzo Gorana eksploatowałam długimi spacerami, kiedy był w najintensywniejszej fazie wzrostu. W przypadku dużych i tak jak na swój wiek oraz bardzo prędko rosnących psów, nie wolno przesadzać. Któregoś wieczoru Goran zaczął mieć ni stąd, ni zowąd problemy ze wstawaniem z posłania, mocno popiskiwał. Trwało to nie dłużej, niż trzy dni. Mimo wszystko przez dwa tygodnie byłam ludzkim wrakiem, chodząc od weta do weta i szukając właściwej przyczyny tej krótkiej niedyspozycji. Na początku usłyszałam, że Gorana "boli brzuszek" i przez kilka następnych dni miałam faszerować go lekami niesterydowymi przeciwzapalnymi. Nie zwlekałam i na drugi dzień udałam się do miejscowego gabinetu, gdzie po krótkim obmacaniu stwierdzono, że problem leży w biodrach. Idąc tym tropem, wykonałam rentgena w klinice... i RTG, i morfologia wskazywały na eozynofilowe (młodzieńcze) zapalenie kości długich. W pewnym sensie nieuleczalna rzecz, bo nie wiadomo, co ją wywołuje. Mija sama z siebie, aż pies skończy 2 lata bądź nieco wcześniej, zależy jak długo będzie rósł, zatem pies dużej rasy w domyśle ma się męczyć dłużej. Choroba nie ma negatywnego wpływu na zdrowie, ani na sprawność ruchową w przyszłości, chociaż sporadycznie zdarzają się nawroty tego zjawiska. Tak czy owak, ewidentnie miał miejsce cud, bo naukowo nie umiem tego wytłumaczyć. Po miesiącu morfologia bliska ideału (jedynie baaardzo nieznacznie przekroczone MPV - objętość płytek krwi), a pies = sprężyna. 

Osiem. Ogary siwieją niewiarygodnie szybko. Można spotkać nawet lekko przyprószonego bielą pięciolatka i to zupełnie normalne. 


Bez paniki. To, że pięcioletni pies zaczyna siwieć, nie znaczy, że w rok stanie się zupełnie biały. Tutaj macie doskonały przykład, jest nim Aria (ARIANE Nevdek), u której mimo siódmej wiosny ciężko dostrzec cokolwiek siwego:





Wybaczcie, że to co piszę, nie jest uporządkowane kategoriami. Nie umiem jakoś o to zadbać. Zapisuję wybrane myśli, które przychodzą mi akurat do głowy. 


Dziewięć... Jak to jest z długowiecznością? Niestety nie tak kolorowo, jak u border collie i jemu podobnych. Zważywszy jednak na to, że nasze pierwsze ogary dożyły 14 i 15 lat, Żmiłka 12, a jej rodzeństwo około 10, można założyć, że internety nie kłamią. Średnia długość życia wynosi 12 lat, chociaż życzę wszystkim ogarkom, by zawsze ją przekraczały.



Na koniec, w ramach punktu 10. dodam, że należy dobrze się zastanowić nad ogarem. Chociaż to pogodny piesek rodzinny (raczej nie stróż), który chętnie od wielkiego dzwonu pobiega z gromadą kumpli po lesie, wieczny śpioch i troszkę niezdara, to jednak jest niezależnym bytem, który wcale nie musi nikogo szanować. Trzeba zrobić wszystko, żeby zasłużyć na jego bezgraniczną miłość i oddanie.

G&G
Obsługiwane przez usługę Blogger.